DRUGI TOM SERII KINGDOM OF MARTAGON || NIEDOSKONAŁY - FRAGMENT
Po wypadku Simon ma problemy: ze sobą, z ludźmi, z całym światem. Przyjaciele postanawiają mu pomóc. Lekiem na zło ma być Majka – pyskata, śmiała dziewczyna, która szybko stwierdza, że pod szorstką powłoką kryje się opiekuńczy, troskliwy mężczyzna. A także namiętny kochanek. Choć wmawiają sobie, że to tylko przyjacielski seks, to w głębi duszy wiedzą, że to coś więcej. O ile więcej, Simon przekonuje się w chwili, kiedy Majka znika. Bez wahania rusza jej śladem, gotów poświęcić wszystko, żeby odzyskać ukochaną.
Aby zakupić e-book wystarczy:
Wejść na stronę https://www.siepomaga.pl/nakrecamy-na-dobro
Wpłacić na skarbonkę MINIMUM 15 zł
W opcji WSPARLI znaleźć swoją wpłatę
Kliknąć UDOSTĘPNIJ i pobierać link do wpłaty
Pobrany link prześlij na maila pomocna.ksiazka@gmail.com
W odpowiedzi otrzymasz plik z książką.
Udanej lektury!
Chcesz pomóc nam w promocji? Udostępnij którąś z poniższych grafik!
Dear agony
Just let go of me
Suffer slowly
Is this the way it’s got to be?
Dear agony
Suddenly, the lights go out
Let forever drag me down
I will fight for one last breath
I will fight until the end
And I will find the enemy within’
‘Cause I can feel it crawl beneath my skin
Dear Agony, Broken Benjamin & Lacey Sturm
Zawsze pragnęłam dzieci, tak szybko, jak to możliwe <3
To krótkie zdanie i cholerne zdjęcie w białej sukni z dzieckiem na rękach, prześladowało mnie we śnie i na jawie. Gdy padałem na łóżko nieprzytomny, tylko wtedy czułem spokój. Mogłem zasnąć, bez jej uśmiechu przed moimi oczami. Więc od powrotu z Polski, moim najlepszym przyjacielem zostali czysta i Jack. Włączyłem muzykę, by zagłuszyć myśli, chwyciłem butelkę i pociągnąłem łyk bursztynowego płynu. Otępienie i spokój. Tylko tego teraz potrzebowałem. Kręciłem się po salonie, nie mogąc usiedzieć na miejscu. Słuchałem muzyki, piłem i starałem się znieczulić. Tylko troszkę, bo w końcu mieliśmy się spotkać dziś na grillu. Jeszcze tylko łyczek i będę mógł udawać, że życie jest piękne, a kobiety takie jak Julia nie istnieją, że była ona wyjątkiem. Pomyłką, na którą musiałem trafić. Wyłączyłem muzykę i wyszedłem z domu, próbując zapomnieć o obrazie, który wypalił się w mojej głowie na zawsze.
Jak to było możliwe, że w jednej chwili tryskaliśmy energią i szczęściem, a w kolejnej umieraliśmy ze strachu o naszego przyjaciela. W ułamku sekundy poczułam, jakby grunt osuwał mi się spod stóp, traciłam kontakt z rzeczywistością. Jak w zwolnionym tempie rejestrowałam obrazy: Kelly biegającą po ogrodzie, Liama proszącego wszechświat o cud. Ian wglądał, jakby ktoś przywalił mu w twarz, powtarzając tylko jak machina, że w życiu wszystko zawsze się musi spieprzyć wcześniej czy później. Tylko Matt z Adrianem oganiali nasze emocje, rzeczowo myśleli. Zapakowaliśmy się w dwa samochody i ruszyliśmy przed siebie, w kierunku szpitala, do którego został przewieziony James. To nasz najlepszy przyjaciel, ogniwo łączące nas wszystkich, teraz byliśmy niekompletni… Szlochałam cicho wtulona w Iana. Liam zerkał na nas w tylnym lusterku starając się zbadać sytuację. Wolałam teraz tonąć w jego ramionach, ale nie mogłam, bo był kierowcą. Przyjaciel gładził mnie delikatnie po plecach, nie było w tym żadnego romantycznego podtekstu, raczej braterski uścisk. Byliśmy rodziną i w takiej trudnej chwili było to najlepiej dostrzegalne.
– Co właściwie ci powiedzieli przez telefon? – zapytał Ian.
Wyglądał na najbardziej opanowanego z nas wszystkich, choć to również w jego oczach kryła się pustka. Wszyscy mieliśmy nadzieje, na dobre zakończenie. Tylko Ian wyglądał na zrezygnowanego.
– Żadnych konkretów poza tym, że James miał wypadek – Liam powiedział na jednym wdechu.
– Nie może tak być, nie może z jednej strony się wszystko układać, a z drugiej walić – łkałam przytulona do przyjaciela.
W tylnym lusterku widziałam wzrok Liama, posłał mi krzywy uśmiech a ja starałam się odwzajemnić ten gest, ale nie mogłam ukrywać wszystkich swoich emocji pod sztucznym uśmiechem.
– Będzie dobrze, James to silny skurczybyk – przemówił Adrian z przedniego siedzenia.
Nie brzmiał na przekonanego, miałam wrażenie, że teraz w każdym z nas tliło się poczucie winy. Wiedzieliśmy, jakie James ma problemy, wiedzieliśmy, jak bardzo boli go to wszystko, co mu się przydarzyło… A mimo to nie zrobiliśmy wystarczająco dużo, żeby uchronić go przed tragedią.
– Mogliśmy go lepiej pilnować, mogłam nie wyprowadzać się z jego domu – mówiłam chyba bardziej sama do siebie niż do chłopaków.
– Księżniczko, to nie jest niczyja wina. James sam musi chcieć wyjść ze swojego bagna, na siłę nie można nikomu pomóc. Wiem coś o tym. – Liam powiedział kojącym głosem, wiedziałam, że ma rację. Mimo wszystko nie mogłam pozbyć się poczucia winy.
CAŁE OPOWIADANIE DOSTĘPNE JEST NA STRONIE WYDAWNICTWA INANNA ZA DARMO!
W moim namiocie był skorpion. Gapiłam się na niego. Księżyc świecił jasno, ale do wnętrza namiotu wpadało niewiele światła. Skorpion szedł ostrożnie po piasku, z ogonem podniesionym, ale niegotowym do ataku. Powoli zmierzał w stronę miejsca, w którym leżałam w śpiworze. Nabrałam głęboko powietrza i podniosłam rękę.
– Na potęgę pustyni, rozkazuję ci się zatrzymać – powiedziałam.
W odpowiedzi podniósł ogon i przybrał taką pozycję, żeby móc wbić we mnie kolec z trucizną.
Zaśmiałam się, pochyliłam do przodu i podniosłam go.
Spiął się i przez chwilę szykował do ataku, ale skorpiony i smoki nie powinny się siebie bać. Gdy przypomniał sobie o tym, zaczął się niepewnie przechadzać po mojej skórze.
Przekręciłam się, żeby nie spadł.
– Przyszedłeś życzyć mi powodzenia? – spytałam, głaszcząc jego sztywny pancerz. Westchnęłam głęboko i wyznałam:
– Chyba mi się przyda. – Jego ogon jeszcze bardziej się spłaszczył, lecz gdy przestałam go dotykać, znowu się podniósł.
Kiedy klapa w wejściu do namiotu odsunęła się i do środka wpadło ostre światło księżyca, usiadłam i osłoniłam skorpiona dłońmi.
– Dobrze – powiedziała Kata. – Nie śpisz już. – A potem zobaczyła, co trzymam w dłoniach, i gwałtownie się odsunęła.
– Shalio, istnieją mniej śmiertelne sposoby na uniknięcie małżeństwa.
Śmiejąc się, wypuściłam skorpiona i uniosłam tył namiotu, żeby mógł uciec. Gdy Kata weszła do środka, wyskoczyłam ze śpiwora. Zdjęła kaptur w tej samej chwili, gdy klapa namiotu się zamknęła. Wyglądało to tak, jakby jasne srebro jej włosów wyssało całe światło księżyca.
– Kato! – krzyknęłam, obejmując ją. – Przybyłaś!
Gdy mocno mnie przytuliła, straciłyśmy równowagę i śmiejąc się, upadłyśmy na piasek, nos w nos. Jak dawniej.
– Oczywiście, że tak – powiedziała. – Przyjechałam, gdy tylko się dowiedziałam. Przepraszam, że zajęło mi to tak długo.
Uśmiechnęłam się do niej.
– Ważne, że jesteś. Mamy tyle do omówienia.
Spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
– Wychodzisz za mąż – powiedziała miękko. – Jak się czujesz?
– Zbyt niska. – To była pierwsza odpowiedź, jaka przyszła mi do głowy. Nie byłam niska i wiedziałam, że Kata zaraz mi to wytknie. Westchnęłam. – Myślę, że królowe powinny być wyższe.
Dotknęłyśmy się nosami.
– Widziałam go – rzekła. – Nie jest wiele wyższy od ciebie, o ile w ogóle jest wyższy.
Nabrałam powietrza. Miałam w sobie tyle pytań o to, jak on wygląda, co robi, dlaczego mnie chce, co Kata wie o nim, ale to nie miało znaczenia. Za kilka godzin zostanę jego panną młodą i sama poznam odpowiedzi na te pytania.
A jutro nie będę już miała przy sobie Katy.
– Zrobimy to? – spytałam.
Wyszczerzyła zęby.
– Dzisiaj? Powinnaś wstać przed świtem.
– Obie wiemy, że nie będę dzisiaj zbyt wiele spać. Poza tym zerwanie z tradycją przynosi pecha.
W odpowiedzi pociągnęła mnie za ręce i obie podniosłyśmy się z piachu. Wytknęłyśmy głowy z namiotu, żeby rozejrzeć się za moimi braćmi, wujkami albo kimkolwiek, kto mógłby nas powstrzymać.
– Czy Rian jest z tobą? – szepnęłam.
– Tak – odparła, ciągnąc mnie do przodu.
Nikogo nie zauważywszy, wybiegłyśmy z namiotu ręka w rękę. Nasze stopy ślizgały się po piachu. Niebo było bezchmurne, a księżyc wystarczająco jasny, by nas prowadzić, ale o wiele chłodniejszy niż jego brat, słońce. Gdy piach przeszedł w bardziej stałe podłoże, przyśpieszyłyśmy. Nasz klan obozował tuż za miastem, gotowy na przyjście nowego dnia, w którym miałam jednocześnie powitać słońce, mojego męża i zupełnie nowe życie.
Przybycie do Jitry było jak zwykle dziwne i magiczne. Toczące się wydmy zniknęły, pozostawiając pustkę na horyzoncie, a pod piaskami pojawiła się twarda ziemia. Półka skalna odsłoniła wąską szczelinę, wystarczająco szeroką dla jednej osoby – były to usta schodów prowadzących przez klif do miasta. Jitra to miasto wykute w skale. Dawno temu potężna rzeka wyżłobiła spadzistą ścieżkę tak szeroką jak dziesięciu idących obok siebie mężczyzn. Z tego miejsca klany pustyni zaczęły ryć w skalnych ścianach, tworząc masywne siedziby, zacienione i chłodne, wieczne i nieustępliwe. Rzeka nadal płynęła w wąskiej żyle, przecinając górską skałę aż do kaskadowego zbocza na końcu miasta. To dzięki niej mój nomadyczny lud miał stałe źródło wody.
To było święte miejsce.
Kata zawsze miała problemy ze znalezieniem go. Nie należała do klanu, o czym z reguły zapominałam aż do chwil takich jak ta, gdy nie umiała znaleźć drogi do świętego miasta. Jej palce, blade i dziwne na mojej ciemnej skórze, złapały mnie mocniej, gdy prowadziłam ją do pęknięcia w ziemi, a potem pogrążyłyśmy się w ciemności, schodząc po wąskich stopniach.
Na dole zwolniłyśmy. Gdzieś przed nami usłyszałam strażników, więc odciągnęłam Katę na bok. Kolejna ścieżka prowadziła do wnętrza góry zamiast w stronę miasta. Wysunęłam się na prowadzenie, pewna swych kroków, tak jakbym od zawsze mieszkała w Jitrze. Następne schody, starsze, mniej równe, zakręcone wokół skały i prowadzące głęboko w dół. Powietrze zmieniło się tu z gorącego i suchego na wilgotne, przylegające do ścian i naszych palców.
To właśnie tutaj Kata poczuła się pewniej i zaczęła dotrzymywać mi kroku – wiedziała już, gdzie się znajduje i dokąd zmierza, nie musiałam jej za sobą ciągnąć. Po kilku kolejnych dzikich krokach i wybuchach śmiechu, który odbijał się echem od ścian, przejście otworzyło się na wielką jaskinię i masywne podziemne jezioro, które było ukrytym skarbem gór.
Gdy tylko je zobaczyłam, zatrzymałam się i Kata na mnie wpadła. Zaczęłam rozglądać się dookoła i ledwo zwróciłam na nią uwagę. W powietrzu wokół nas wisiały setki tysięcy kropelek wody. Delikatnie rozproszona mgła uchwyciła odbijający się od tafli blask odległego księżyca i przekazała go małym kroplom, aż wreszcie cała jaskinia wyglądała tak, jakby połknęła gwiazdy z nocnego nieba.
Zaśmiałam się zachwycona, a Kata ruszyła do przodu. Kropelki opadały na jej skórę niczym delikatne pocałunki. Dotykałam ich opuszkami palców, patrzyłam, jak rozpadają się na coraz mniejsze i mniejsze cząstki, nadal zawieszone, nadal czekające na Katę.
Jaskinia ją znała. W tym miejscu moc wody była silna, piękna i magiczna. Kiedy wpatrywałam się w ten cud, czułam, jak otaczają mnie duchy, chroniąc i napełniając mnie wiarą. Dzień jutrzejszy będzie idealny, a to małżeństwo, które zabierze mnie od rodziny, stanie się początkiem długiego, wiecznego pokoju.
Moje poświęcenie ochroni mych ludzi.
Kata zaczęła powoli zataczać koło. Uśmiechała się szczęśliwa, a woda pokrywała jej skórę. Na pustyni zawsze była spragniona, a jej blada, popękana i obolała skóra łaknęła wilgoci.
Korzystanie ze strony My fairy book world i zostawianie komentarzy pod postami jest równoznaczne z wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych zgodnie z artykułem 13 o ochronie danych osobowych. Każdy komentujący wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez system komentarzy Disqus zgodnie z jego polityką prywatności.
Więcej informacji w zakładce Polityka prywatności.