6 lipca 2017

Pamiętnik ze starej szafy - fragment powieści




Kiedy zaczynała mnie już ogarniać czarna rozpacz, w końcu jeden jedyny człowiek zaproponował mi pomoc. Z ulgą pomyślałam, że chociaż on nie uległ tej zbiorowej histerii z obwinianiem mnie o katastrofę morską.  Jakże bardzo się myliłam, zrozumiałam chwilę później. Zaproponował mi swoje dresy i trampki. 
Miał ze dwa metry w każdą stronę, a rozmiar buta wielkości bez mała tych płetw, które mi oferowano wcześniej. Nie mogłam jednak wybrzydzać. Podwinęłam spodnie i rękawy bluzy, ale z butami było gorzej. Wpadłam w lekką panikę, bo za czterdzieści minut powinnam być w domu. Nie zamierzałam tam przecież nocować. Moje buty leżały na dnie akwenu i sądząc po materiale, z jakiego były wykonane, leżą tam pewnie do tej pory. Przy klubie była niewielka plaża i płot z siatki, przy którym stało kilka rowerów. Doznałam olśnienia. Pożyczę rower, pojadę, przebiorę się, załatwię co trzeba i wieczorem oddam. Przecież oni i tak tam przesiadywali do ciemnej nocy. Poleciałam do mojego „wybawcy” od trampek w rozmiarze czterdzieści sześć i zapytałam, czy mogę pożyczyć któryś rower. Zarówno on, jak i „Ogorzały” wyrazili chęć pomocy i wskazali dwa stojące najbliżej drzwi. Do wyboru — normalnie eldorado. Szkoda że w kwestiach obuwia nie było takiego urodzaju. Wsiadłam na niebieski, bo pasował do dresików i ruszyłam przed siebie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy nagle podbiegł do mnie kompletnie obcy facet, zrzucił mnie z roweru w pobliskie krzaki i wrzeszczał jak opętany:
— Złodziejko, oddawaj rower, zara milicję wezwę. Te buty też pewnie ukradłaś, bo takie jakieś wielkie.
Ci dwaj stali w drzwiach i ryczeli ze śmiechu, jak zarzynane barany. Przeprosiłam grzecznie, powyciągałam sobie jakieś liście z włosów i uciekłam. Byłam zdruzgotana, bo pierwszy raz w życiu coś ukradłam. Świadomie czy nie, ale fakt pozostał faktem. Wsiadłam do autobusu, bez biletu, rozczochrana, w ogromnych butach, i rozmyślałam, jak oddać ciuchy, żeby nie musieć tam wracać, i jakie życie jest okrutne. Po jakichś dwudziestu minutach stojący obok pasażer odwrócił się i głosem pełnym żałości powiedział do mnie:
— O Boże, ja od dziesięciu minut stoję na pani nodze i dopiero teraz zauważyłem. Przecież to musi boleć… Strasznie przepraszam.
Nie mógł wiedzieć, że stopa w owym trampku kończyła się w połowie buta, więc lekko się zdziwił, kiedy odpowiedziałam zblazowanym tonem:
— Nic nie szkodzi… Może pan stać dalej.
Do klubu postanowiłam pójść dopiero za rok, bo po pierwsze zaczynała się jesień, a po drugie miałam nadzieję, że po takim czasie nikt mnie już nie
rozpozna jako złodziejki rowerów. Ciuchy zawiozła Julka, po którą potem musiał pojechać mój brat, bo oczywiście wrzucili ją do wody.



Jeśli spodobał Wam się ten fragment, to książkę możecie zamówić TUTAJ!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz